Etykiety

piątek, 14 lutego 2014

Plecak Berghaus Torridon 65

Jak wiadomo plecak to zaraz po butach najważniejsza rzecz jaką zabieramy w teren. A ze znalezieniem plecaka który będzie spełniał większość naszych potrzeb jest tak samo trudne jak znalezienie noża idealnego.   Ale ja znalazłem chyba plecak idealny spełniający 90% moich założeń dotyczących wora który będę targał przez ileś godzin dziennie. Jest to plecak Berghaus Torridon 65 który dostałem do testów od tejże firmy.
Plecak ma 65L co moim zdaniem jest idealną opcją na 90% wędrówek o każdej porze roku. Oczywiście im więcej jedzenia i im więcej sprzętu bierzemy tym trudniej będzie nam się spakować w teren. Ale mi udało się spakować na tydzień w Bieszczady z wielkim zimowym śpiworem i cała masą innego szpeju. Oczywiście śpiwór i karimata musiały być przytroczone na zewnątrz ale to wbrew pozorom nie stanowiło wielkiego problemu.   W komorze głównej znajduje się przegroda na bukłak która z pewnością  znajdzie uznanie u zwolenników systemu hydracyjnego. Do komory głównej mamy dojście od góry i od dołu gdzie jest komora na śpiwór którą możemy odpiąć i w ten sposób stworzyć jedna wielką komorę główną.  Dodatkowo plecak ma dwie kieszenie siateczkowe po bokach które są naprawdę obszerne gdzie można by wcisnąć manierkę US. Do tego jeszcze mamy dwie duże kieszenie zamykane na zamek gdzie ze spokojem możemy włożyć tam litrowy termos,mała maczetę czy inny podobnych rozmiarów przedmiot. No i co najważniejsze niema ryzyka zgubienia. Do tego mamy jeszcze kieszeń w kapturze która wydaje się dość mała ale wbrew pozorom jest dość obszerna. Dużo miejsca w niej zajmuje pokrowiec przeciwdeszczowy w który  plecak jest wyposażony oryginalnie. I co do pokrowca jest to chyba jedyny który jest naprawdę ładnie odrobiony i chroni przed deszczem no i co najważniejsze jest wstanie osłonic wyładowany na max plecak.

 Na kapturze są oczka przez które możemy przeciągnąć gumkę dzięki czemu zyskujemy dodatkowe miejsce do przytroczenia kurtki czy panelu słonecznego.  Faktycznie do troczenia mamy tylko paki kompresyjne na dole ale są one wystarczające do przytroczenia śpiwora. Chyba,że jest on wyjątkowo duży ale tu starczy trochę pokombinować i niema najmniejszego problemu z przytroczeniem czegoś. Dodatkowo jest możliwość podczepienia np.karimaty za pomocą dodatkowego troka na plecach. Ale to rozwiązanie pogarsza nieco komfort noszenia a to dlatego,że  mocno odchyla środek ciężkości od pleców w efekcie czego nieco ciągnie w tył. Ale w razie potrzeby mamy taka możliwość. Co do komfortu noszenia to jest bardzo ale to bardzo dobrze. Oczywiście zanim go dopasowałem do siebie minęło kilka dni ale gdy to już się udało pas biodrowy idealnie działa a szelki również dobrze trzymają się ramion. Co najważniejsze wszystkie pasy są wyjątkowo grube,szerokie i miękkie jak na plecak o pojemności 65L.  System nośny jest dość prosty bo cała regulacja polega na przesunięciu w górę lub dół górnej części systemu. I zabezpieczenie go rzepem.Proste,genialne i niezawodne. Czyli idealne dla dla leśnego ludka.
Mój jest akurat czerwony więc może mało leśny ale do wyboru mamy jeszcze szary/czarny i bliżej nie określony dla gatunku męskiego kolor:)

Na pasie biodrowym jest coś jak szlufka gdzie można włżyć nóż

 Co do wytrzymałości. To jest to naprawdę pancerny plecak.  Nie boi się brutalnego traktowania a na dowód tego mogę podać to,że podczas wichury wszystkie paski się poluzowały a szwy tam gdzie była przytroczona karimata były napięte do granic możliwości ale mimo to po zejściu wszystkie wróciły do pierwotnego kształtu. Wszystkie klamry są też bardzo wytrzymałe i łatwe w regulacji nawet jak mamy rękawice. Materiał z którego jest uszyty Berghaus Torridon 65   to Esdura 600D czyli coś jak cordura.  Jest on bardzo wytrzymały,wodoodporny. Wprawdzie namókł ale nie przeciekł. Ale mimo to piasek który był niesiony przez wiatr(ok200km/h) wbił się w strukturę tego materiału i raczej tak łatwo nie zniknie.
Podsumowując Berghaus Torridon 65 to bardzo fajny,wytrzymały plecak w przystępnej cenie który sprawdzi się podczas większości wędrówek czy to górskich, nizinnych czy nawet podczas zwykłej podróży stopem lub innymi środkami transportu. Jedyną rzecz którą mógłby jeszcze  mieć to paski kompresyjne po bokach ale wtedy kieszenie straciły by na funkcjonalności. Z czystym sumieniem mogę polecić Berghaus Torridon 65.




Dane techniczne:
Materiał: Esdura 600D
Pojemność: 65l
Waga: ok.. 1,8kg
Wymiary: 77cm x 42cm x 28cm
- regulowany system nośny
- regulowany odpinany pas piersiowy
- paski napięciowe
- możliwość dzielenia komory głównej,
- kieszonka w klapie głównej
- kompatybilny system H2O
- kieszeń na sakwę z wodą
- paski kompresyjne w dole plecaka
- troki na klapie przedniej
- komin zamykany ściągaczem
- pasi biodrowy ze szlufkami
                                                                - troki na kijki

czwartek, 13 lutego 2014

Polar hybryda softshell.pl

Podczas tego etapu projektu używaliśmy polarów które powstały na skutek wspólnych pomysłów moich i firmy softshell.pl.  Jest to na razie prototyp więc jeszcze są w nim rzeczy które ulegną zmianie. Czyli  wersja finalna będzie już dostosowane do wiecznej służbie każdemu leśnemu ludkowi.
 Co ciekawe jest to lekka hybryda. Czyli ma w sobie właściwości polaru takie jak oddychalność,czas schnięcia itp. Ale i ma też właściwości softshella. Czyli nie przewiewa  i  jest wodoodporny do pewnego momentu. Co ciekawe polar ten dał rade na wietrze o sile ponad 170km/h i nie przewiał. Do tego gdy nabierałem wody ze źródełka przez przypadek włożyłem rękaw do wody i co. Był on po 30min suchutki.  A podczas mżawki tylko lekko namaka ale woda nie dotarła do ciała. Oczywiście był to tylko lekki deszczyk a nie ulewa ale to i tak lepiej niż większość polarów. Co do wzmocnień na barkach i na rękawach jest to wyjątkowo mocny materiał który na początku wydawał się bardzo sztywny ale już po chwili noszenia stał się elastyczny. Co najważniejsze umożliwia nam on  bardzo brutalne i ostre przedzieranie się przez krzaki czy czołganie się po kamieniach. Bardzo przydatne są te wzmocnienia podczas wczołgiwania się do jaskiń czy rożnych dziur.
Również super rzeczą jest tu wentylacja pod pachami. Nigdy wcześniej nie miałem takiego rozwiązania  w polarze ale jedno jest pewne jest to nie zbędne. Szczególnie,że polar jest wyjątkowo ciepły a momentami aż za ciepły:)
 Również fajnym rozwiązaniem w tej hybrydzie są pętelki z paracordu  przyszyte na klatce piersiowej do których możemy podczepić nóż,czołówkę,aparat czy co kto lubi.
Kieszenie główne są duże,mocne i pomieszczą wszystko co jest niezbędne. Te na ramionach potrzebują dopracowania ale w wersji finalnej będą obszerne,mocne i funkcjonalne.
Jak widzicie polarek zapowiada się dość ciekawie. Poczekajcie na produkt finalny:)

środa, 12 lutego 2014

Helikon-Tex ECWCS Pants Gen II test

Spodnie Helikon-Tex ECWCS Pants Gen II to wspaniała sprawa. Jedne z najlepszych spodni jakie miałem. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć,że  umożliwiły nam wędrówkę przy skrajnie silnym wietrze.  A to że wytrzymały takie warunki jest dowodem na jakość wykonania tych spodni.  Bardzo wygodne nie krępujące ruchów idealnie sprawdzają się podczas intensywniejszego przedzierania się przez gąszcz czy marsz po dużej stromiźnie. Co ciekawe jak na spodnie membranowe są wyjątkowo odporne na uszkodzenia. Można bez obaw klękać na kamieniach,przedzierać się przez zarośla a im nic się nie dzieje.  Co do oddychalności to jest naprawdę nieźle. Przy temperaturach powyżej 0*C i na podejściu czyli  w miejscu gdzie ilość wydalanego ciepła i wilgoci jest naprawdę duża tu niema nadzwyczajnego problemu z odprowadzaniem tych rzeczy.  A gdy odepnie się zamki przy nogawkach i rozporek wentylacja staje się prawie,że idealna.   Kieszenie typu kargo są bardzo pojemne i niema obawy że coś nam z nich wypadnie. Ze pokojem włożymy tam łapawice,mapę a nawet na upartego wejdzie manierka. Co do wiatroszczelnosci to jedno jest pewne Helikon-Tex ECWCS Pants Gen II są w 100 % wiatroszczelne. To co miały okazje przeżyć jest dowodem na wyjątkową dbałość przy produkcji tychże spodni. Wiatr niema możliwości dostania się do wnętrza chyba,że przez zamek w nogawkach czy rozporku. Co do odporności na wodę to mimo testu w zimowych warunkach miały deszcz i świetnie się sprawdziły. Woda ładnie po nich spływała i nie wsiąkają w materiał tak jak bywa w dużej części odzieży membranowej.  Raz jak nabierałem wodę ze źródełka i nieumyślnie klęczałem w wodzie nic nie przeciekło. ani nie namokło.Wstałem woda ściekła i nie było problemu.   Gdy zima jest normalna to pod spód starczy włożyć jakieś spodnie z syntetyczna ocieploną i nawet przy bardzo niskich temperaturach nie powinniśmy zmarznąć. A przy wyższych starczą kalesonki i szybko w teren.   Podsumowując spodnie Helikon-Tex  są świetną opcja jako spodnie główne zimą lub jako wierzchnia warstwa  zakładana ana zwykłe spodnie chroniąca przed wiatrem czy deszczem.   Jest tylko jedna mała wada. Czasami szeleszczą ale starczy,że trochę złapią wilgoci lub się rozgrzeją i problem ten znika. Więc jeśli ktoś szuka spodni na złą aurę to Helikon-Tex ECWCS Pants Gen II jest idealną opcją. W przystępnej cenie i świetnie wykonanej.

 


wtorek, 11 lutego 2014

II etap projektu-relacja

Mówi się,że Bieszczady to ostatnia granica. Miejsce gdzie natura i cywilizacja przeplatają się. Więc nic dziwnego,że II etap projektu musiał odbyć się właśnie tam.  Założenia były dość skromne przynajmniej tak nam się wydawało. Ale jak to zwykle bywa natura potrafi zweryfikować najśmielsze plany. Już na samym początku Bieszczady pokazały na co je stać. Podejście z Ustrzyk Górnych na Wielką Rawkę było mordęgą. Nie dość,że temperatury bynajmniej niezimowe bo kilka w plusie,ciężkie plecaki, duże nachylenie stoku i do tego szlak pokryty lodem.  Gdy już udało nam się wejść prawie pod szczyt szlak stał się tak trudny,że żałowałem,że nie mam ze sobą raków i czekana. Ale po jeszcze chwili  napierania stanęliśmy na szczycie. Gdzie wiał dość silny wiatr bo nieco ponad 60km/h. Gdy ju zdobyliśmy Rawkę zaczęło się ściemniać wiec zeszliśmy nieco niżej w kierunku Małej Rawki i kilka metrów od szlaku zalegliśmy w niskim lasku bukowym. Rano  pobudka szybkie śniadanko i dalej w drogę wzdłuż granicy z Ukrainą i  Słowacją. Tam nic

specjalnego się nie wydarzyło,no może poza wspaniałą pogodą i mnóstwem tropów. Ich ilość była aż przytłaczająca a co ciekawe nie tylko sarenek ale przede wszystkim wilków,żubrów,ryci no i oczywiście największego pluszaka polski czyli Miśka.  Niestety i na tym odcinku naszej trasy ilość ostrych podejść i zejść po oblodzonym szlaku tak nas spowolniła,że musieliśmy zalec w lesie po Słowackiej stronie po przejściu niecałych 10km. Kolejnego dnia już po 40minutach żałowaliśmy,że dzień wcześniej nie poszliśmy nieco dalej bo moglibyśmy spać w wiacie i mieć wodę ze źródełka a nie topić zleżały śnieg przez 3godziny. No ale co cie nie zabije to cie wzmocni wymieniliśmy wodę ze śniegu na pyszną wodę źródlana. Obok wiaty spotkaliśmy jedynych ludzi w tej części Bieszczad a mianowicie Policjantów Słowackich. Wypytali się o wszystko i pojechali dalej. My też ruszylismy w dalsza drogę gdzie po drodze zobaczyliśmy ślady miśków dużego o i małego. Nie zważając na to idziemy dalej po oblodzonym szlaku chociaż w miejscach gdzie operowało słońce szliśmy po błotku. Niestety i tego dnia nie udało nam się zrobić zbyt długiego dystansu. I gdy doszliśmy do wiaty stwierdziliśmy,że niema sensu dalej napierać i tu spędziliśmy noc. Fajne w tym miejscu było kilka rzeczy. Po pierwsze widoki i mnóstwo tropów wilków dosłownie kilka metrów od naszego noclegu.  Rano  wszystkie ślady były zawiane ale było tez kilka świeżych jedno wielkiego wilka i nieco dalej rysia. Po śniadaniu w dalsza drogę w kierunku Rawiej Skały. I tu musieliśmy stwierdzić czy napieramy dalej wzdłuż granicy czy przechodzimy na połoninę Wetlińską. Po przerwie na batonik i przemyśleniu sprawy stwierdzamy iść na połoninę. Na tym odcinku szlaku dominował śnieg a nie lód ale to tylko przez pewien czas. Bo oczywiście nie mogło się obyć bez kilku upadków i nabrania śniegu do spodni. Dokładnie szlakiem wędrował też misiek ale nie udało nam się go zobaczyć ale sądząc po śladach szedł kilka godzin przed nami ale fleja zostawił po sobie minę na szlaku:) Nasz szlak wiódł przez Wetlinę bardzo przyjemną i pięknie położoną miejscowość z której rozpościera się spaniały widok na szczyty Bieszczad. Ale poza widokami mieliśmy okazje podziwiać i wysłuchać kilka Historii jednego z Bieszczadzkich zakapiorów Hendriksa. Wspaniały człowiek szkoda,że czas nas popędzał i po krótkim postoju musieliśmy ruszyć dalej.  A tu szlak był nie dość,że miejscami oblodzony to tam gdzie nie było lodu było błoto. Ale i to niewiele dalej zamieniło się tylko w lód więc ten nocleg spędziliśmy w wiacie przy szlaku. Ten dzień był ostatnim dniem w którym pogoda była ładna i bezpieczna. Następnego dnia rano zaczął padać śnieg i naszła mgła do tego doszedł wiatr ale to był na razie przedsmak piekła które nas czekało. Puki co szlak wiódł przez las więc tu jeszcze  nie odczuwało się wiatru ale gdy wyszliśmy na otwarty tern  zaczęło nieco mocniej dmuchać. No  ale nic na to nie poradzimy i kierowaliśmy się na Chatkę Puchatka. Legendarne schronisko ze wspaniałym klimatem który tworzą turyści ale przede wszystkim opiekun tego schronisk Pan Lutek.  Wprawdzie warunki w schronisku są spartańskie a jedyne jedzenie jakie można było zamówić to fasolka  ale w tym miejscu nawet takie jedzenie smakuje wytwornie. Wieczorem wilki zaczęły nawoływać się na polowanie. A ten wspaniały dźwięk jaki wydobywa się z tych myśliwych jest hipnotyzujący i podniecający. No i jest to zupełnie inny dźwięk jak ten znany z programów przyrodniczych.
Rano wczesna pobudka bo czeka nas ciężka przeprawa.  Gdy zeszliśmy do sali głównej i zaczęliśmy się pakować i robić śniadanie. Wielkie zaskoczenie. Jeden z Turystów poznanych w Puchatku okazał się księdzem i odprawił msze. Nie będę ukrywał,że zaskoczyło mnie to zupełnie ale jak można się jakoś zabezpieczyć przed niebezpieczeństwem to warto. Więc wzięliśmy udział we mszy i może to nas uratowało. Po mszy i śniadaniu ruszylismy dalej w kierunku Połoniny Caryńskiej. Szlak dalej oblodzony do tego wiatr i lekki opad mokrego śniegu. Ale puki schodziliśmy było nie najgorzej ale gdy zaczęliśmy zdobywać wysokość wchodząc już na połoninę zaczęło robić się niewesoło. Kilka gleb i na lód i kamienie ale to jeszcze było małe piwo z tym co miało nas czekać na samej górze. Wiatr wiał ponad 170km/h ale to jeszcze nie było takie straszne. Dopiero w połowie trasy zaczęło robić się naprawdę źle. Wiatr musiał mieć ponad 200km/h skoro był wstanie podnieść i przesunąć 100kg metr w bok a mnie podniósł ustawił w poziomie i rzucił na krzaki i kamienie. Gdzie dała o sobie znać kontuzja kolana. Ale ilość adrenaliny zblokowała ból. Więc dalej szliśmy ale w pewnym momencie nie dało się już zrobić nawet kroku a wiatr robił z nami co chciał. Wszystkie paski w plecaku się poluzowały. Cudem było,że nic co było przytroczone do plecaka się nie oderwało. A gdy skierowało się twarz w stronę wiatru nie dało się oddychać. Aby stamtąd zejść musieliśmy chwycić się pod pachy i krok po kroku iść ku strefie lasu gdzie powinno być bezpiecznie. Odcinek który powinniśmy pokonać w nieco ponad godzinę szliśmy ponad 4. A każda minuta wydawała się wiecznością.  Chyba warto było uczestniczyć w tej mszy:)

W końcu udało się nam zejść z połoniny i wejść w las gdzie zaczął padać deszcz a mgła była tak gęsta,że trudno było zobaczyć coś więcej niż drzewo oddalone o 20m od nas. Po drodze było widać,że wiatr złamał kilka drzew ale na szczęście żadne nie spadło na szlak. Planowaliśmy spędzić nocleg w wiacie już niedaleko Ustrzyk Górnych. Ale wiata okazała się  niezbyt miła do zamieszkania bo cała zaśmiecona zasikana itp. Nie mieliśmy też ochoty spać pod tarpem bo nie dość,że ta wichura nas wymęczyła to późniejszy deszcz zdrowo nas przemoczył. Dlatego stwierdziliśmy,że zejdziemy do Ustrzyk i tam przekimamy się w schronisku. Oczywiście schronisko było zamknięte.  Po drodze jeszcze zgarnęła nas straż graniczna wiec marsz do innej wiaty leżącej na szlaku biegnącym na Tarnicę byliśmy zmuszeni do noclegu w motelu.  I to właśnie tam dał znać o sobie kontuzja. Więc i tam musiał się zakończyć II etap projektu.  Chcieliśmy zaliczyć jeszcze Tarnicę ale ze względu na kontuzje i złe warunki pogodowe jaki i terenowe postanowiliśmy wrócić. Następnego dnia zaliczyliśmy jeszcze małą nie wymagającą pętelkę nad Soliną. Gdzie utonkaliśmy się w Błocie:)
Podsumowując wyprawa w Bieszczady dała nam solidnie w kość. Góry pokazały nam na co je stać i z pewnoscią dały niezły sprawdzian nam i sprzętowi który sprawdził się wyśmienicie.  Bardzo dziękuje wszystkim którzy nam kibicowali jak i oczywiście Sponsorom projektu. Bez których było by ciężko.
Teraz czas na przygotowania do trzeciego etapu czyli spłynięcia Wisłą. Ten etap odbędzie się w lipcu lub sierpniu tego roku.
WIĘCEJ ZDJĘĆ:




poniedziałek, 10 lutego 2014

II ETAP PROJEKTU. FILM


Niedługo relacja a na razie filmik z II etapu projektu INTO THE WILD-Polska.              
                   

niedziela, 9 lutego 2014

No i wróciliśmy nieco wcześniej z kilku powodów. Po pierwsze odnowienie kontuzji kolana ale i przez skrajnie trudne warunki. Pierwsze kilka dni było bardzo ładnych ale ostatnie dwa były przerażające a wczoraj linia między życiem a śmiercią była za cienka.  Wiatr wiejący ponad 180km/h  a momentami jeszcze mocniej uniemożliwił prawie marsz.  Ten huragan dopadł nas na połoninie Caryńskiej i mieliśmy tylko dwa wyjścia zostać i raczej źle by się to skończyło lub iść. Oczywiście szliśmy ale aby wiatr nas nie porwał musieliśmy wziąć się pod ręce i razem iść. Czyli dopiero waga bliska 200kg umożliwiła nam  powolne człapanie do strefy lasu. Gdzie było już bezpiecznie.  Trasę którą powinno się pokonać  w godzinę szliśmy ponad 4 godziny małymi kroczkami. Sprawy nie ułatwiał też lud zalegający na szlaku. Przez co nasz dzienny dystans wynosił ok 8-10km. a zakładaliśmy 15km. Jednak udało nam się pokonać 90%planowanej trasy. Z racji na kontuzje i złe warunki terenowe i pogodowe zrezygnowaliśmy z ataku na ostatni szczyt-Tarnicę. Ale,żeby nie było,że tylko narzekam Bieszczady to wyjątkowo piękne i majestatyczne oblicze polskiej przyrody. Cały sprzęt się sprawdził więc w najbliższej przyszłości pojawi się wiele nowych wpisów na blogu.

sobota, 1 lutego 2014

II ETAP PROJKETY INTO THE WILD-POLSA

Już za kilka godzin rusza II etap.  Wyjeżdżamy z Poznania koło 17,00 tak aby być w Ustrzykach Górnych ok 9/10 rano w niedziele.
Niestety zima w tym roku jest naprawdę dziwna. Czyli wysokie temperatury, mało śniegu.  Zmusiło to nas do rezygnacji z brania nart. Pokrywa śniegu  według informacji jakie udało się zdobyć pokrywa śniegu to 15-16cm i to w miejscach nawianych  a  w niektórych to śnieg leży w płatach. Z tej sytuacji wynika tylko jedna zaleta-brak zagrożenia lawinowego.
 Kolejną sprawą której się nie spodziewaliśmy to to,że miśki jeszcze nie poszły spać. Więc będzie trzeba uważać z przygotowywaniem posiłków i miejsc biwakowych.  Chociaż tak po cichu chciałbym zobaczyć jakiegoś miśka. Kolejny drapieżnik jakiego możemy zobaczyć to wilk-moim zdaniem najpiękniejszy zwierz na świecie. Do tego dochodzą rysie. Ale zobaczenie ich jest prawie,że niemożliwe. No i jeszcze polskie bizony czyli żubry.  Jak widać Bieszczady to prawdziwy dziki zachód a właściwie to wschód.

Również system noclegowy wielokrotnie ulegał zmianom. Na początku miał by  namiot,potem hamak, ale ostatecznie dla zminimalizowania wagi i objętości plecaków będziemy spali pod trapem. Jest to najlżejszy i najmniejszy system na w miarę komfortową nockę.
Co do pogody to mamy szanse na fantastyczne widoki bo przez prawie cały nasz pobyt w Bieszczadach(2-12luty) w górach ma świecić słoneczko i być nieco poniżej zera, najmniej spadnie do -13*C. 
Natomiast jeśli chodzi o jedzenie to mamy bardzo skromne zapasy.Czyli z pewnością jak wrócimy to będziemy jeść za 3 albo i więcej. Na dzień przypadnie ok.2500-3000kcl na osobę czyli dość mało jak na taki wysiłek. Ale więcej nie jesteśmy wstanie nieść.
Będziemy jedli liofilizowaną żywność na obiadokolacje, na śniadanie musli, w trakcie wędrówki 2 batony na dzień dla jednej osoby  i paczka M&M`s na dwóch.
Trasa którą mamy pokonać to ok.140km w 10 dni. Nie jest to jakiś ekstremalny dystans bo na dzień wychodzi 14km ale to jest opcja minimum. Jak się uda to spróbujemy znacznie wydłużyć tę trasę.
Czyli jak widać będzie to dość ekstremalny wypad w jeden z najdzikszych zakątków naszego pięknego kraju.  Z pewnością po powrocie pojawi się wiele testów i opisów sprzętu itp.
Więc trzymajcie kciuki w życzcie powodzenia:)
orientacyjny plan trasy która mamy do pokonania.