Etykiety

wtorek, 11 lutego 2014

II etap projektu-relacja

Mówi się,że Bieszczady to ostatnia granica. Miejsce gdzie natura i cywilizacja przeplatają się. Więc nic dziwnego,że II etap projektu musiał odbyć się właśnie tam.  Założenia były dość skromne przynajmniej tak nam się wydawało. Ale jak to zwykle bywa natura potrafi zweryfikować najśmielsze plany. Już na samym początku Bieszczady pokazały na co je stać. Podejście z Ustrzyk Górnych na Wielką Rawkę było mordęgą. Nie dość,że temperatury bynajmniej niezimowe bo kilka w plusie,ciężkie plecaki, duże nachylenie stoku i do tego szlak pokryty lodem.  Gdy już udało nam się wejść prawie pod szczyt szlak stał się tak trudny,że żałowałem,że nie mam ze sobą raków i czekana. Ale po jeszcze chwili  napierania stanęliśmy na szczycie. Gdzie wiał dość silny wiatr bo nieco ponad 60km/h. Gdy ju zdobyliśmy Rawkę zaczęło się ściemniać wiec zeszliśmy nieco niżej w kierunku Małej Rawki i kilka metrów od szlaku zalegliśmy w niskim lasku bukowym. Rano  pobudka szybkie śniadanko i dalej w drogę wzdłuż granicy z Ukrainą i  Słowacją. Tam nic

specjalnego się nie wydarzyło,no może poza wspaniałą pogodą i mnóstwem tropów. Ich ilość była aż przytłaczająca a co ciekawe nie tylko sarenek ale przede wszystkim wilków,żubrów,ryci no i oczywiście największego pluszaka polski czyli Miśka.  Niestety i na tym odcinku naszej trasy ilość ostrych podejść i zejść po oblodzonym szlaku tak nas spowolniła,że musieliśmy zalec w lesie po Słowackiej stronie po przejściu niecałych 10km. Kolejnego dnia już po 40minutach żałowaliśmy,że dzień wcześniej nie poszliśmy nieco dalej bo moglibyśmy spać w wiacie i mieć wodę ze źródełka a nie topić zleżały śnieg przez 3godziny. No ale co cie nie zabije to cie wzmocni wymieniliśmy wodę ze śniegu na pyszną wodę źródlana. Obok wiaty spotkaliśmy jedynych ludzi w tej części Bieszczad a mianowicie Policjantów Słowackich. Wypytali się o wszystko i pojechali dalej. My też ruszylismy w dalsza drogę gdzie po drodze zobaczyliśmy ślady miśków dużego o i małego. Nie zważając na to idziemy dalej po oblodzonym szlaku chociaż w miejscach gdzie operowało słońce szliśmy po błotku. Niestety i tego dnia nie udało nam się zrobić zbyt długiego dystansu. I gdy doszliśmy do wiaty stwierdziliśmy,że niema sensu dalej napierać i tu spędziliśmy noc. Fajne w tym miejscu było kilka rzeczy. Po pierwsze widoki i mnóstwo tropów wilków dosłownie kilka metrów od naszego noclegu.  Rano  wszystkie ślady były zawiane ale było tez kilka świeżych jedno wielkiego wilka i nieco dalej rysia. Po śniadaniu w dalsza drogę w kierunku Rawiej Skały. I tu musieliśmy stwierdzić czy napieramy dalej wzdłuż granicy czy przechodzimy na połoninę Wetlińską. Po przerwie na batonik i przemyśleniu sprawy stwierdzamy iść na połoninę. Na tym odcinku szlaku dominował śnieg a nie lód ale to tylko przez pewien czas. Bo oczywiście nie mogło się obyć bez kilku upadków i nabrania śniegu do spodni. Dokładnie szlakiem wędrował też misiek ale nie udało nam się go zobaczyć ale sądząc po śladach szedł kilka godzin przed nami ale fleja zostawił po sobie minę na szlaku:) Nasz szlak wiódł przez Wetlinę bardzo przyjemną i pięknie położoną miejscowość z której rozpościera się spaniały widok na szczyty Bieszczad. Ale poza widokami mieliśmy okazje podziwiać i wysłuchać kilka Historii jednego z Bieszczadzkich zakapiorów Hendriksa. Wspaniały człowiek szkoda,że czas nas popędzał i po krótkim postoju musieliśmy ruszyć dalej.  A tu szlak był nie dość,że miejscami oblodzony to tam gdzie nie było lodu było błoto. Ale i to niewiele dalej zamieniło się tylko w lód więc ten nocleg spędziliśmy w wiacie przy szlaku. Ten dzień był ostatnim dniem w którym pogoda była ładna i bezpieczna. Następnego dnia rano zaczął padać śnieg i naszła mgła do tego doszedł wiatr ale to był na razie przedsmak piekła które nas czekało. Puki co szlak wiódł przez las więc tu jeszcze  nie odczuwało się wiatru ale gdy wyszliśmy na otwarty tern  zaczęło nieco mocniej dmuchać. No  ale nic na to nie poradzimy i kierowaliśmy się na Chatkę Puchatka. Legendarne schronisko ze wspaniałym klimatem który tworzą turyści ale przede wszystkim opiekun tego schronisk Pan Lutek.  Wprawdzie warunki w schronisku są spartańskie a jedyne jedzenie jakie można było zamówić to fasolka  ale w tym miejscu nawet takie jedzenie smakuje wytwornie. Wieczorem wilki zaczęły nawoływać się na polowanie. A ten wspaniały dźwięk jaki wydobywa się z tych myśliwych jest hipnotyzujący i podniecający. No i jest to zupełnie inny dźwięk jak ten znany z programów przyrodniczych.
Rano wczesna pobudka bo czeka nas ciężka przeprawa.  Gdy zeszliśmy do sali głównej i zaczęliśmy się pakować i robić śniadanie. Wielkie zaskoczenie. Jeden z Turystów poznanych w Puchatku okazał się księdzem i odprawił msze. Nie będę ukrywał,że zaskoczyło mnie to zupełnie ale jak można się jakoś zabezpieczyć przed niebezpieczeństwem to warto. Więc wzięliśmy udział we mszy i może to nas uratowało. Po mszy i śniadaniu ruszylismy dalej w kierunku Połoniny Caryńskiej. Szlak dalej oblodzony do tego wiatr i lekki opad mokrego śniegu. Ale puki schodziliśmy było nie najgorzej ale gdy zaczęliśmy zdobywać wysokość wchodząc już na połoninę zaczęło robić się niewesoło. Kilka gleb i na lód i kamienie ale to jeszcze było małe piwo z tym co miało nas czekać na samej górze. Wiatr wiał ponad 170km/h ale to jeszcze nie było takie straszne. Dopiero w połowie trasy zaczęło robić się naprawdę źle. Wiatr musiał mieć ponad 200km/h skoro był wstanie podnieść i przesunąć 100kg metr w bok a mnie podniósł ustawił w poziomie i rzucił na krzaki i kamienie. Gdzie dała o sobie znać kontuzja kolana. Ale ilość adrenaliny zblokowała ból. Więc dalej szliśmy ale w pewnym momencie nie dało się już zrobić nawet kroku a wiatr robił z nami co chciał. Wszystkie paski w plecaku się poluzowały. Cudem było,że nic co było przytroczone do plecaka się nie oderwało. A gdy skierowało się twarz w stronę wiatru nie dało się oddychać. Aby stamtąd zejść musieliśmy chwycić się pod pachy i krok po kroku iść ku strefie lasu gdzie powinno być bezpiecznie. Odcinek który powinniśmy pokonać w nieco ponad godzinę szliśmy ponad 4. A każda minuta wydawała się wiecznością.  Chyba warto było uczestniczyć w tej mszy:)

W końcu udało się nam zejść z połoniny i wejść w las gdzie zaczął padać deszcz a mgła była tak gęsta,że trudno było zobaczyć coś więcej niż drzewo oddalone o 20m od nas. Po drodze było widać,że wiatr złamał kilka drzew ale na szczęście żadne nie spadło na szlak. Planowaliśmy spędzić nocleg w wiacie już niedaleko Ustrzyk Górnych. Ale wiata okazała się  niezbyt miła do zamieszkania bo cała zaśmiecona zasikana itp. Nie mieliśmy też ochoty spać pod tarpem bo nie dość,że ta wichura nas wymęczyła to późniejszy deszcz zdrowo nas przemoczył. Dlatego stwierdziliśmy,że zejdziemy do Ustrzyk i tam przekimamy się w schronisku. Oczywiście schronisko było zamknięte.  Po drodze jeszcze zgarnęła nas straż graniczna wiec marsz do innej wiaty leżącej na szlaku biegnącym na Tarnicę byliśmy zmuszeni do noclegu w motelu.  I to właśnie tam dał znać o sobie kontuzja. Więc i tam musiał się zakończyć II etap projektu.  Chcieliśmy zaliczyć jeszcze Tarnicę ale ze względu na kontuzje i złe warunki pogodowe jaki i terenowe postanowiliśmy wrócić. Następnego dnia zaliczyliśmy jeszcze małą nie wymagającą pętelkę nad Soliną. Gdzie utonkaliśmy się w Błocie:)
Podsumowując wyprawa w Bieszczady dała nam solidnie w kość. Góry pokazały nam na co je stać i z pewnoscią dały niezły sprawdzian nam i sprzętowi który sprawdził się wyśmienicie.  Bardzo dziękuje wszystkim którzy nam kibicowali jak i oczywiście Sponsorom projektu. Bez których było by ciężko.
Teraz czas na przygotowania do trzeciego etapu czyli spłynięcia Wisłą. Ten etap odbędzie się w lipcu lub sierpniu tego roku.
WIĘCEJ ZDJĘĆ:




poniedziałek, 10 lutego 2014

II ETAP PROJEKTU. FILM


Niedługo relacja a na razie filmik z II etapu projektu INTO THE WILD-Polska.              
                   

niedziela, 9 lutego 2014

No i wróciliśmy nieco wcześniej z kilku powodów. Po pierwsze odnowienie kontuzji kolana ale i przez skrajnie trudne warunki. Pierwsze kilka dni było bardzo ładnych ale ostatnie dwa były przerażające a wczoraj linia między życiem a śmiercią była za cienka.  Wiatr wiejący ponad 180km/h  a momentami jeszcze mocniej uniemożliwił prawie marsz.  Ten huragan dopadł nas na połoninie Caryńskiej i mieliśmy tylko dwa wyjścia zostać i raczej źle by się to skończyło lub iść. Oczywiście szliśmy ale aby wiatr nas nie porwał musieliśmy wziąć się pod ręce i razem iść. Czyli dopiero waga bliska 200kg umożliwiła nam  powolne człapanie do strefy lasu. Gdzie było już bezpiecznie.  Trasę którą powinno się pokonać  w godzinę szliśmy ponad 4 godziny małymi kroczkami. Sprawy nie ułatwiał też lud zalegający na szlaku. Przez co nasz dzienny dystans wynosił ok 8-10km. a zakładaliśmy 15km. Jednak udało nam się pokonać 90%planowanej trasy. Z racji na kontuzje i złe warunki terenowe i pogodowe zrezygnowaliśmy z ataku na ostatni szczyt-Tarnicę. Ale,żeby nie było,że tylko narzekam Bieszczady to wyjątkowo piękne i majestatyczne oblicze polskiej przyrody. Cały sprzęt się sprawdził więc w najbliższej przyszłości pojawi się wiele nowych wpisów na blogu.

sobota, 1 lutego 2014

II ETAP PROJKETY INTO THE WILD-POLSA

Już za kilka godzin rusza II etap.  Wyjeżdżamy z Poznania koło 17,00 tak aby być w Ustrzykach Górnych ok 9/10 rano w niedziele.
Niestety zima w tym roku jest naprawdę dziwna. Czyli wysokie temperatury, mało śniegu.  Zmusiło to nas do rezygnacji z brania nart. Pokrywa śniegu  według informacji jakie udało się zdobyć pokrywa śniegu to 15-16cm i to w miejscach nawianych  a  w niektórych to śnieg leży w płatach. Z tej sytuacji wynika tylko jedna zaleta-brak zagrożenia lawinowego.
 Kolejną sprawą której się nie spodziewaliśmy to to,że miśki jeszcze nie poszły spać. Więc będzie trzeba uważać z przygotowywaniem posiłków i miejsc biwakowych.  Chociaż tak po cichu chciałbym zobaczyć jakiegoś miśka. Kolejny drapieżnik jakiego możemy zobaczyć to wilk-moim zdaniem najpiękniejszy zwierz na świecie. Do tego dochodzą rysie. Ale zobaczenie ich jest prawie,że niemożliwe. No i jeszcze polskie bizony czyli żubry.  Jak widać Bieszczady to prawdziwy dziki zachód a właściwie to wschód.

Również system noclegowy wielokrotnie ulegał zmianom. Na początku miał by  namiot,potem hamak, ale ostatecznie dla zminimalizowania wagi i objętości plecaków będziemy spali pod trapem. Jest to najlżejszy i najmniejszy system na w miarę komfortową nockę.
Co do pogody to mamy szanse na fantastyczne widoki bo przez prawie cały nasz pobyt w Bieszczadach(2-12luty) w górach ma świecić słoneczko i być nieco poniżej zera, najmniej spadnie do -13*C. 
Natomiast jeśli chodzi o jedzenie to mamy bardzo skromne zapasy.Czyli z pewnością jak wrócimy to będziemy jeść za 3 albo i więcej. Na dzień przypadnie ok.2500-3000kcl na osobę czyli dość mało jak na taki wysiłek. Ale więcej nie jesteśmy wstanie nieść.
Będziemy jedli liofilizowaną żywność na obiadokolacje, na śniadanie musli, w trakcie wędrówki 2 batony na dzień dla jednej osoby  i paczka M&M`s na dwóch.
Trasa którą mamy pokonać to ok.140km w 10 dni. Nie jest to jakiś ekstremalny dystans bo na dzień wychodzi 14km ale to jest opcja minimum. Jak się uda to spróbujemy znacznie wydłużyć tę trasę.
Czyli jak widać będzie to dość ekstremalny wypad w jeden z najdzikszych zakątków naszego pięknego kraju.  Z pewnością po powrocie pojawi się wiele testów i opisów sprzętu itp.
Więc trzymajcie kciuki w życzcie powodzenia:)
orientacyjny plan trasy która mamy do pokonania.

piątek, 24 stycznia 2014

Jeśli ktoś ma informacje dotyczące warunków śniegowych w Bieszczadach i wie gdzie można zostawić bezpiecznie samochód(Ustrzyki Górne). 
Proszę o kontakt
konradbusza@gmail.com
Z góry dzięki za pomoc

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Trening przed III etapem




Zimy nie widać więc można na kanu pływać!   I właśnie w ten sposób minęła mi niedziela. Z racji,że kanu na którym odbędzie się spływ Wisłą jest w trakcie tworzenia. A będzie to istny ścigacz czy jak kto woli canoe do zadań specjalnych, na razie trenowaliśmy na kanu treningowym dla jednaj osoby.Co wymusza znacznie zwiększ wysiłek i zupełnie inną technikę wiosłowania. Czyli to co tygryski lobią najbardziej.
 Warunki niebyły może złe ale też niebyły wspaniałe. Wiatr który tworzył spore fale i przez ponad połowę drogi wiał w dziób.  A słaby nie był bo wiał z prędkością 10m/s. Do tego temperatura kilka stopni powyżej zera(odczuwalna poniżej). Czyli jak sami widzicie trening był hardcorowy. Parę razy fale były tak duże i tak częste,że kanadyjka podskakiwała-coś nie dla ludzi z chorobą morską.
Ale żeby nie było,że tylko narzekam to w drodze powrotnej też wiał ale już w plecy czyli zamiast utrudniać to nieco pomagał. Raz nawet udało mi się iść lekkim ślizgiem ale to tylko kawałeczek:(
 Dzięki tym warunkom(duże zafalowanie i silny wiatr) mogliśmy oswoić się z cięższymi warunkami jakie mogą nas spotkać podczas spływu. W końcu w niektórych miejscach Wisła ma nawet 2km szerokości czyli tam będziemy mieli najprawdopodobniej niezłe zafalowanie. A nie jest to rzeka z którą można się bawić. Bez odpowiedniego przygotowania sprzętowego ale przede wszystkim kondycyjnego  spływ Wisłą może się źle skończyć. A szczególnie jeśli  natura zechce utrudnić zadanie. Ale jak to się mówi kto nie ryzykuje nie wygrywa.
Jedno jest pewne samemu i po jeziorze pływa się zupełnie inaczej niż rzeką i w tandemie. Gdy wiosłujemy w dwójkę mamy niezły motor i do tego łatwiej się manewruje. No i sama technika wiosłowania jest nieco inna. Samemu  jesteśmy zdani wyłącznie na siebie-taki trening na pewno zwiększa odporność fizyczną ale i psychiczną która w niektórych sytuacjach jest błogosławieństwem.
 

Po jakimś czasie przyszedł zmierzch a trening trzeba skończyć.Więc czas założyć czołówkę i dalej napierać. W końcu kto nie napiera nic nie dostaje w zamian. Już wcześniej myśleliśmy o oświetleniu na dziobie ale po tym opływaniu okazało się,że jest to prawie,że niezbędne. Czołówka na głowie to nie do końca to. Mimo,że używaliśmy czołówek o niezwykle dużym zasięgu!
Głowa nie idzie równo z dziobem tylko na boki przez co przed dziobem tworzy się martwa strefa gdzie nic nie widać. Dlatego canoe na którym będziemy płynąć Wisłą będzie miało zamontowane oświetlenie na dziobie co znacznie poprawi bezpieczeństwo i komfort spływu.  Raczej nie zamierzamy płynąc w nocy zwłaszcza,że latem dzień jest dość długi ale przezorny zawsze ubezpieczony. A oświetlenie na dziobie sprawi również,że kanadyjka będzie dużo bardziej widoczna w złych warunkach atmosferycznych. Jak już pisałem z Wisłą niema przelewek więc do takiego przedsięwzięcia trzeba się niezwykle staranie i profesjonalnie przygotować. Przemyśleć,co zmienić,co przerobić,wyrzucić ale przede wszystkim nabrać kondycji i zapoznać się z technikami wiosłowania w każdych warunkach.
Przygotowania idą pełna parą do etapu Wisła a już  2 lutego rusza etap Bieszczady-oby spadł śnieg :)


niedziela, 5 stycznia 2014

Into the wild-Polska etap WISŁA


Już niedługo rusza drugi etap Into the wild-Polska. Będzie to wędrówka po Bieszczadach na nartach no chyba,że śniegu nie będzie;) Wtedy pójdzie się pieszo. Natomiast latem będzie III i zarazem ostatni etap projektu  czyli spłyniecie Wisłą na canoe.  
Spływ ma pokazać piękno i dzikość królowej polskich rzek a zarazem naszego pięknego kraju. Z racji,że wyjazd ma być w stylu traperskim canoe na którym będziemy płynąć to najbardziej klasyczny typ kanu. Czyli model Prospector. Ale nie będzie to seryjniak ale profesjonalna łódź której kadłub wykonała firma KOGA a aktualnie jest on wzmacniany w firmie zajmującej się budową szybowców.  Na razie na treningi mamy prostszy model canoe ale już niedługo będziecie mogli zobaczyć istne cudo wśród wyprawowych kanadyjek.
Sponsorem łodzi na tą wyprawę jest firma SOFTSHELL.PL.


Niedługo wrzucę jakieś zdjęcia z treningów a na razie kilka z letniej wycieczki:)